O autorze
Łomżanin, absolwent dziennikarstwa, szeregowy pracownik mediów elektronicznych, niespełniony pisarz, miłośnik piwa i amerykańskiego kina.

Moda na filmy jednego aktora (no, może kilku)

Czy dla twórców filmowych, zwłaszcza reżyserów i scenarzystów, może być większe wyzwanie niż wysokobudżetowa, epicka produkcja, na planie której trzeba zapanować nad tysiącami statystów, a wielowątkowa opowieść ciągnie się przez trzy godziny albo i więcej? Zrobić film z mniej niż pięcioma aktorami, najlepiej jeszcze dziejący się w jednym pomieszczeniu, który przykuwa uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty – to dopiero wyzwanie. Wyzwanie, które amerykańscy (czy też anglojęzyczni) reżyserzy podejmują coraz częściej.

W historii kina zapisało się wiele filmów z garstką aktorów i historią ograniczoną do kilku pomieszczeń. Przyzwoitość nakazywałaby zacząć do arcydzieła Sidneya Lumeta „12 gniewnych ludzi” (1957), gdzie przez półtorej godziny zamknięci w ciasnym, pozbawionym klimatyzacji pomieszczeniu przysięgli debatują nad winą nastolatka oskarżonego o morderstwo. W filmie tym jest jednak za dużo aktorów, robimy więc skok dziewięć lat w przód, do „Kto się boi Virginii Woolf?”. Debiut kinowy Mike’a Nicholsa jest jednocześnie najlepszym filmem, w którym zagrali Elizabeth Taylor i Richard Burton. Oprócz wielkich kochanków grają jeszcze Sandy Dennis i George Segal. Jest jeszcze dwoje aktorów, grających właścicieli nocnego baru, jednak, chociaż mają swoje kwestie, trudno traktować ich inaczej jak element tła.



Film jest intensywny i naładowany emocjami. Nichols próbował powtórzyć sukces „Virginii” 38 lat później adaptacją sztuki Patricka Marbera „Bliżej”, gdzie jedynymi aktorami są Julia Roberts, Jude Law, Natalie Portman oraz Clive Owen. Film był całkiem udany, ale jakościowo od debiutu Nicholsa dzielą go lata świetlne.

W „Virginii” gra czworo aktorów. Twórcy późniejszego o sześć lat „Detektywa” poszli w minimalizmie o krok dalej. W tej adaptacji sztuki Anthony’ego Schaffera o wyrafinowanej grze, jaką toczą ze sobą młody przedsiębiorca i popularny autor kryminałów, mamy dwóch aktorów. Młodego gra Michael Caine, mając w 1972 roku status gwiazdy, starym zaś jest aktorska legenda, Laurence Olivier. I to tyle. Tylko dwie postacie na ekranie przez ponad dwie godziny. Jednak zwroty akcji goniące się jak zające w rui i kunszt aktorski Caine’a i Oliviera sprawiają, że widz siedzi z wzrokiem wlepionym w ekran i obgryza paznokcie, co i rusz zadając sobie pytanie „jak to się skończy?”. Filmem tym karierę zakończył Joseph Mankiewicz, reżyser m.in. „Kleopatry” – zszedł ze sceny jako zwycięzca.

I tak oto dochodzimy do roku 1975 i filmu „Give’em Hell, Harry!” Steve’a Bindera. Jest to jedyny w całej historii Oscarów filmowy „one man show”. Wyróżniony nominacją James Whitmore jako prezydent Harry Truman snuje się po gabinecie owalnym, pisze listy do bliskich i dalekich i wygłasza pełne werwy monologi o naturze polityki. I tak przez półtorej godziny. A mimo to widz się nie nudzi. Słucha i patrzy z uwagą, chociaż to bardziej teatr kina niż film.

Tyle historia, czas na skok do czasów współczesnych. A dokładniej do 2013 roku, wtedy bowiem pojawiły się dwa filmy z minimalistyczną obsadą. W „Grawitacji” mamy dwoje astronautów (Sandrę Bullock i George’a Clooneya) dryfujących w przestrzeni kosmicznej (jak ktoś się uprze, może uznać to za jedno pomieszczenie), o wiele ciekawszy jednak jest mniej znane dzieło J. C. Chandora, „Wszystko stracone”. Właściwie uważam ten film za najciekawszy ze wszystkich tutaj omówionych. Oto mamy Roberta Redforda, bezimiennego wilka morskiego, który dryfuje po oceanie na cieknącej łajbie. Film otwiera zwięzły monolog wewnętrzny bohatera, w którym pada tytułowe sformułowanie. Potem nic. Żadnych zbędnych słów, żadnego gadania do siebie, żadnych retrospekcji. Po prostu nasz człowiek i żywioł, który chce go stłamsić. Czysta akcja. Ruch i obraz, które są przecież istotą kina.

Teraz mamy na naszych ekranach kolejny film jednego aktora – „Locke” Stevena Knighta z Tomem Hardym. Człowiek, jego samochód i telefon. Kawał porządnego kina, chociaż niepedagogicznego - w końcu pokazuje faceta rozmawiającego przez telefon podczas jazdy.

W przeciągu nieco ponad pół roku przez nasze ekrany przewinęły się trzy filmy, w których gra mniej niż pięciu aktorów. Czy to już moda? Czas pokaże. Oczywiste jest, że takie filmy będą powstawać, nie brak przecież reżyserów, aktorów i scenarzystów, którzy chcieliby się sprawdzić w tak ascetycznej formie. Nawet Michael Bay w jednym z wywiadów telewizyjnych stwierdził, że chciałby zrobić kameralny film z garstką aktorów, rozgrywający się w jednym czy dwóch pomieszczeniach. Niestety, złe Hollywood każe mu robić kolejne „Transformersy” i „Bad Boysów”, więc co pozostaje biednemu Michaelowi? Tylko płakać i ocierać łzy kolejnymi banknotami studolarowymi.

Leonardo DiCaprio za to nie płacze i nie mówi, tylko bierze się do roboty. Jego następnym filmem będzie „The Revenant”, w którym zagra amerykańskiego trapera, który, poturbowany przez niedźwiedzia i zostawiony na śmierć przez niedoszłych ratowników, walczy o życie w leśnej głuszy. Reżyseruje Alejandro Gonzalez-Inarritu. Premiera planowana jest na jesień 2015 roku.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...