"Godzilla" - idealny początek weekendu

Po raz pierwszy Hollywood wzięło Godzillę na warsztat 16 lat temu. Reżyserował Roland Emmerich. Wszyscy chyba pamiętamy i wszyscy chcielibyśmy zapomnieć tę nieudolną podróbkę „Parku Jurajskiego” z przerośniętym tyranozaurem ganiającym po wielkim mieście. Tym razem jednak za kamerą, zamiast specjalisty od sztampowych filmów przeładowanych efektami specjalnymi, stanął Brytyjczyk Gareth Edwards, autor jednego, ale całkiem niezłego filmu „Strefa X”. Jak sobie poradził? Zdecydowanie lepiej niż jego kolega z Niemiec.

„Godzilla” to kawał rozrywki, wielki i solidny jak tytułowy potwór. Oglądając spektakularne sceny demolki, widz doświadcza radości małego dziecka, które zbudowało wieżę z klocków tylko po to, by rozwalić ją celnym kopniakiem. Efekty specjalne są pierwszorzędne. Edwards najbardziej lubuje się w ujęciach, w których wyraźnie widać, jak mali są ludzie w porównaniu z apokaliptycznymi bestiami (bo Godzilla nie jest jedynym potworem w filmie).





Właśnie, ludzie… „Godzilla” może się poszczycić gwiazdorską obsadą: Ken Watanabe, Sally Hawkins, Aaron Taylor-Johnson (kapitan Wroński z „Anny Kareniny”), David Strathairn i Bryan Cranston. Po co ci ludzie są w tym filmie? No, po coś być muszą, bo przecież ciężko zrobić film z samymi potworami w rolach głównych. Fabuła, którą nawet niespecjalnie chciało mi się zapamiętywać, jest najsłabszą stroną filmu, ale powiedzmy sobie szczerze: krytykowanie fabuły w takim filmie, jak „Godzilla”, jest jak narzekanie na jakość efektów specjalnych u Bergmana.



„Godzilla” to bardzo udane rozpoczęcie kinowego sezonu letniego. I bardzo dobry film na początek weekendu.

PS. Nawiasem mówiąc, Gareth Edwards, podobnie jak ja, zmarnował chyba młodość na graniu w gry konsolowe, a zwłaszcza w "Final Fantasy 7":

  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...